Jeden z czterdziestu. Na świecie.

(fot. archiwum Jerzego Jeduta)
(fot. archiwum Jerzego Jeduta)
Email this to someoneShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on TumblrShare on LinkedIn

Jerzy Jedut – najbardziej znany lubartowski taekwondzista. Podziwiany przez młodzież i miłośników sportów walki. Znany i ceniony w świecie trener i działacz. W połowie marca uzyskał tytuł VIII Dana w Taekwondo. Na świecie takich osób jest około 40.
W Polsce – od teraz – są dwie.

Jakie to uczucie uzyskać tytuł VIII Dan w Taekwon-do i znaleźć się w ścisłej elicie?


Bardzo się cieszę. Tym bardziej, że zajmuję się taekwon-do już 36. rok. Ja ogólnie czerpię radość z tego, że mogę trenować, ćwiczyć. Tym bardziej, że od jakiegoś czasu miałem kłopoty ze zdrowiem. Zmagam się bólem pleców, który ogranicza ruch, a więc i moje treningi. Do końca nie wiedziałem, czy przystąpię do egzaminu. Ostatni miesiąc jednak był spokojniejszy i mogłem bardziej zająć się sobą i treningami.


Jak wygląda taki egzamin?


Do niedawna „na podłodze” zdawało się do VI Dana. Wyższe stopnie dostawało się za aktywność, działalność i zasługi. Trzeba było udzielać się w ruchu, prowadzić zajęcia i być aktywnym na arenie międzynarodowej. Jednak coraz młodsi zaczynają terenować i zdobywać pierwsze stopnie. Coraz młodsi uzyskują zatem VI Dan. Dlatego podjęto decyzję, że egzamin na VII, VIII Dan będzie odbywał się w takiej samej formie, jak na te niższe stopnie. Egzamin na VIII dan jest już ograniczony od strony fizycznej. Ja miałem trzy elementy: układy (kilka wybranych z 24), walki krokowe i teorię. Dodatkowo musiałem napisać specjalną pracę dotyczącą TKD (thesis), która w moim przypadku liczyła 18 stron. Jeszcze kilka lat temu stopień IX Dan można było uzyskać tylko i wyłącznie za działalność. W tej chwili, oprócz tego wymogu doszedł także konkretny pokaz umiejętności technicznych tak jak przy innych egzaminach. Do egzaminu na VIII Dan nie można podejść sobie kiedy się chce, są okresy karencji. Ja musiałem czekać siedem lat, o rok krócej, niż niż to wynika z przepisów. Stało się tak dzięki temu, że wielokrotnie uczestniczyłem w specjalnych kursach szkoleniowych dla instruktorów. Na IX Dan muszę czekać kolejne 9 lat.


(fot. archiwum Jerzego Jeduta)

Jak zaczęło się Pana życie z Taekwon-do?


To bardzo ciekawa historia. W Polsce Taekwon-do działa od 1974 roku, a ja po raz pierwszy zetknąłem się z nim rok później. Brałem udział w olimpiadzie wiedzy ze sportu „Na olimpijskim szlaku”. Wygrałem etap szkolny, powiatowy i byłem w dziesiątce najlepszych w województwie. Pojechałem na wojewódzki finał do Lublina, w którym odpadłem w pierwszym etapie. Podczas przerwy między częścią pisemną i ustną zaprezentowano pokaz Taekwon-do. Wtedy nie wywarł on na mnie znaczącego wrażenia. W roku 1977 obejrzałem w TVP program, w którym wystąpił Andrzej Drewniak. Miał wtedy II Dana w Karate. Zobaczyłam rozbijanie deski, kimono i to mnie zainteresowało. Postanowiłem, że zapiszę się na karate. W 1979 roku razem z kolegą pojechaliśmy do Lublina zapisać się w TKKF „Motor”. Chciano nas przyjąć – ale na Taekwon-do. A my chcieliśmy na karate, bo o tym była mowa w ogłoszeniu. Myśleliśmy, że może źle trafiliśmy, nawet już zbieraliśmy się do domu, ale wróciliśmy, żeby dopytać. Pani, która prowadziła zapisy powiedziała, że to jest karate tylko… koreańskie. I to nas przekonało. We wrześniu okazało się, że trafiliśmy do grupy trenera Andrzeja Kozłowskiego. W pierwszym roku treningów nie opuściłem żadnych zajęć. Po wakacjach miałem poważny kryzys, przez prawie trzy miesiące opuściłem połowę treningów. Na szczęście zaczęła się zima, skończyła się ładna pogoda i wróciłem do treningów na dobre.


To wtedy poczuł Pan, że to jest czego Pan potrzebuje do życia? Że to najważniejsza pasja?


Już wcześniej to poczułem, ale wakacje wybiły mnie z rytmu. Już wtedy byłem po pierwszym egzaminie. W czerwcu ’80 roku przyjechał z Kanady do Lublina Less Galezowsky, mający wtedy I Dan i poprowadził kilka zajęć. Z mojej 70-osobowej grupy wybrano tylko 10 osób, które miały podejść do egzaminu. I ja znalazłem się w tej grupie, zdałem ten egzamin. Nie byłem najlepszy, ale jednak sam fakt, że byłem w tej wąskiej grupie bardzo mnie zmobilizował. Duży wpływ na moje dalsze treningi miał przyjazd generała Choi Hong Hi – twórcy Taekwon-do, do Lublina jesienią ’80 roku. Nie mogłem uczestniczyć w tych zajęciach z generałem, bo dzień wcześniej zapomniałem zabrać swój pas po treningu i niestety ten wyjątkowy trening pod okiem generała i jego asystentów oglądałem jedynie z galerii. Późniejsze lata zrekompensowały mi tę stratę. Miałem wiele okazji (14 razy) uczestniczyć w 3-dniowych seminariach z Generałem. Warto dodać, że gdy zaczynałem swoje treningi byłem osobą dorosłą i wiedziałem czego chcę. Dodatkowo, motywowało mnie to, że są osoby, które odpadają, a ja ciągle jestem, ciągle trenuję. Moja grupa połaczyła się z grupą z wyższymi stopniami, umiejętnościami. Poczułem się częścią takiej elity. Byłem w grupie – w tamtych czasach – najlepszych.


Pamięta Pan pierwsze swoje zawody?


Może to będzie zaskakujące, ale ja tak naprawdę brałem udział jedynie w dwóch turniejach. Wynika to z tego, że pierwsze oficjalne zawody zorganizowane w Polsce odbyły się w Lublinie w 1986 roku. W czasach moich początków w TKD nie było turniejów, nie było Związku. Pierwsze oficjalne mistrzostwa Polski rozegrano w 1988 roku. A od ’83 roku już prowadziłem zajęcia, miałem swoich zawodników. Sam trenowałem czynnie do około 1988 roku. Potem już trudno był pogodzić obowiązki trenera z obowiązkami zawodnika. Tym bardziej, że miałem grupę w Lubartowie i trzy razy w tygodniu prowadziłem zajęcia w Lublinie. W 1990 roku na zapisy przyszło 280 osób. Było to po Mistrzostwach Świata w Montrealu, gdzie Jarek Suska zdobył brązowy medal w walkach, a jego brat Mariusz brązowy w walkach drużynowych. Sto najmłodszych osób odesłałem do domu, a z reszty utworzyłem dwie grupy.


Praca trenera to pewnie też spora satysfakcja?


Bardzo duża. Tym bardziej, że na samym początku udało się wykształcić naprawdę zdolną grupę zawodników. W sześć miesięcy oni uzyskali to czego ja uczyłem się dwa i pół roku. Na pokaz potrafili zrobić tak niesamowite rzeczy, że aż nie wierzyłem. To bardzo mnie zmotywowało do dalszej pracy.

Jakie predyspozycje musi mieć zawodnik, by zostać mistrzem?


Najważniejsze są dwie niemierzalne rzeczy. Miłość do Taekwon-do i wytrwałość. Wytrwałość, żeby mimo różnych zawirowań życiowych, zmiany szkoły, egzaminy, rodzina – trenować i się nie poddawać. I nie zniechęcać się przy niepowodzeniach. Przy takim podejściu, wcześniej, czy później osiągnie się sukces i pełną satysfakcję ze swoich osiągnięć.


(fot. archiwum Jerzego Jeduta)

Co bardziej cieszy: sukces własny, czy sukces ucznia?


Trudno powiedzieć. Tego nie da się porównać. Wiadomo, kiedy boli. Najbardziej, gdy poświęca się uczniowi dużo czasu, a on nagle znika i odchodzi bez słowa. Cieszy natomiast gdy ktoś, kto przestaje trenować zostaje blisko sekcji. Z perspektywy czasu wiem, że dla mnie najważniejsze jest gdy uczeń osiąga czarny pas i w jakiejś formie zostaje zostaje przy TKD. Wtedy jestem spełniony jako instruktor. A spełniony jako trener jestem wtedy gdy zawodnicy zdobywają medale. Ważniejsze dla mnie jest wyszkolenie kolejnych czarnych pasów z perspektywą, że zostaną trenerami niż jednego, który zdobywa medal.
Nasz klub tak przeważał w Polsce, że zdobywaliśmy nawet więcej niż połowę złotych medali. Wygrywaliśmy z całą Polską. 13 pucharów polski zdobytych rok po roku. 11 mistrzostw Polski rok po roku. Inne ekipy przyjeżdżały walczyć o pozostałe miejsca. Teraz sytuacja się zmieniła, teraz my musimy bardzo ostro walczyć o pierwsze miejsce.


Ma pan jakieś inne zainteresowania?


Mam. Bardzo lubię podróże i dużo poróżuję. Byłem w wielu egzotycznych miejscach: na Raratonga na Wyspach Cook’a, w Nowej Zelandii, w obydwu Koreach, Malezji, Japonii, Argentynie, Hondurasie, USA, Urugwaju, Indiach, Wietnamie i wielu innych. Bardzo lubię muzykę na żywo i nie tylko. Szeroko pojęte kino i jazdę autem. Lubię też wiedzieć, co się dzieje na świecie. Jednak większość mojego zycia kręci się wokół Taekwon-do.
Niedawno dostałem propozycję, którą przyjąłem i zostałem członkiem czteroosobowej Komisji ICC – International Competition Committee. W jej skład wchodzi Włoch, Słoweniec, Holender i ja. Tworzą ją najbardziej znani i aktywni trenerzy. Szczegółowe ustalenia właśnie zapadną w najbliższym czasie w Słowenii. Wiem, że będę prowadził seminaria w Holandii, Hiszpanii, Boliwii. To ogromne wyróżnienie dla mnie.




Comments are closed.